Foto Hit
Przyleciały motyle
Zakupiłas (-eś) już bilety na koncert 27 maja?
Kalendarz wydarzeń
prev month Maj 2012 next month
PWŚCzPSoN
30123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031123

Bułgaria 2009 i sensacja w odcinkach

Nie dokonaliśmy żadnych poprawek, ani zmian w przesłanym tekście.

 

"WSPOMNIENIA Z WYJAZDU DO BUŁGARII – KITEN 2009r."
(Napisane w porozumieniu z Agatą Christie i Sherlockiem Holmesem)

Historia rozpoczęła się wraz z nadejściem 23 lipca 2009 roku, kiedy spod Młodzieżowego Domu Kultury w Gorzowie tancerze i ich opiekunowie wraz z kapelą, wybrali się na festiwal do Bułgarii. A co ich czekało, tego nikt nie przewidział. Godzina 6.00 – szczęśliwa młodzież macha na pożegnanie rodzicom, którzy już dawno zaplanowali całonocne imprezy. Natomiast „wolne” dzieciaki jeszcze zatęsknią za domowymi obiadkami...
Już dobę po odjeździe zaczęło dziać się coś dziwnego. Na Węgrzech przybyło nam jednej osoby! Jak to możliwe? 1, 2, 3...39 – tak było dotychczas, a teraz... 40 tancerzy! Czyżby to było niezwykłe rozmnożenie? A może to UFO chce opanować nasz obóz i niepostrzeżenie wkradło się do grupy? Nie, nie. Okazało się, że to nie żadne istoty z Marsa. Długich dochodzeń nie trzeba było robić. To Andrzej zakończył swoje wakacje z rodziną i przyjechał na Węgry, aby dalej dotrzeć do Bułgarii. Uff... A już myśleliśmy, że to „Atak Klonów”.

PARADISE, CZYLI RAJ
Po dwóch dniach, rano, dotarliśmy do pięknego, czterogwiazdkowego, nowoczesnego hotelu „Paradise” z apartamentami i basenem. Gdy się już obudziliśmy i przestaliśmy śnić na jawie, okazało się, że w rzeczywistości jest to jednogwiazdkowy hotel z zimnym jedzeniem w [niby] restauracji. Znaliśmy to miejsce z poprzedniego wyjazdu. Nie zapowiadało się źle: niedaleko plaża, małe boisko na podwórku... Ale już wtedy jakieś bułgarskie fatum krążyło nad nami. Przemek tak poparzył sobie skórę pierwszego dnia plażowania, że nie był w stanie zatańczyć z partnerką. Ratunkiem okazał się nasz nowy pasażer – Andrzej – który go zastąpił.
Wcześniej jednak musieliśmy z tego powodu zorganizować próbę. No cóż, niestety jakieś bułgarskie wirusy zaatakowały kilka osób, które autentycznie straciły głowę. Założyły na próbę taneczną, zamiast adidasów, sandały czy klapki. To było niedopuszczalne! Ale inwazję wirusów każdy był w stanie zrozumieć, dlatego zatańczyliśmy, co trzeba było i każdy powrócił do swoich codziennych zajęć: plaża, miasto, miasto, plaża...
Koncert wypadł nie najgorzej. Na występ czekaliśmy aż dwie godziny. Z nudów niektóre dziewczyny wchodziły [przez przypadek, oczywiście] do łazienek, gdzie byli Serbowie. Natomiast reszta grzecznie czekała na występ. W gruncie rzeczy nasz skład I i II grupy całkiem nieźle się udał. Współpracę było widać nawet na koncercie. Swoje „anielskie” głosy wspieraliśmy wzajemnie przy mikrofonach. Tego popołudnia obce cywilizacje i wirusy dały nam spokój. Ale nie na długo...

Z ŻYCIA STRAŻNIKÓW TEXSASU
Chuck Norris może się chować przed naszymi nauczycielami. Pani Maryla, pan Krzysztof i pan Jan dobrze nas pilnowali. Mieszkali tuż nad pokojami większości tancerzy. Była to nowa wersja Big Brothera. Z balkonów mogli obserwować każdy pokój. Ale zbyt często tego nie wykorzystywali. Czasami nawet, prowadzili z nami „balkonowe rozmowy”. Przebojem tego lata była piosenka „Panie Janie”, ponieważ właśnie śpiewaliśmy tak do jednego z Wielkich Braci – pana Jana.
Natomiast inny Big Brother wymyślił, że stanie się ikoną świętości. Pani Maryla, czyli w rzeczywistości Maria Magdalena, wpadła na pomysł, że (z racji jej „boskich imion”) będą odbywały się do jej pokoju pielgrzymki. Wielu było „wiernych”, to się zameldować, to spytać o wyjście do miasta...
Na plaży...
Pan Krzysztof był tak zaangażowany w pilnowanie kąpiących się Małych Gorzowiaków, że całymi godzinami stał na brzegu, wpatrując się w wodę. Nawet, kiedy nikogo w niej nie było, to jak zahipnotyzowany czekał na, podejrzewam, przyjaciół z odległej galaktyki. Kiedy już doczekał się przybycia UFO i odbył z nim spotkanie, usiadł w końcu na plaży – jeden, jedyny raz.
W czasie, gdy pan Krzysztof był na herbatce z ufoludkami, pan Jan zastępował go w roli ratownika. Ale to nie było takie łatwe! Najpierw musiał zbudować gniazdo z piasku do wygodnej obserwacji. Próbował nauczyć tej sztuki kilka osób, ale nie każdemu się udało. Chuck Norris też by się nie nauczył...
Pewnego popołudnia Marsjanie znów zaatakowali! Między innymi pan Jan i gromadka (wspaniałych) tancerzy, poszli na plażę ( Ola, Aneta, Reksiu, Ala, Drzewko, Agata , Agnieszka i Michał). Grzecznie bawili się w wodzie, pani Jadzia uczyła jak się pływa strzałką...Dopiero później zaczęli wrzucać się do morza, przy okazji z ubraniami. Najpierw Łukasz wziął do wody ręcznik i czapkę Ali, później Monika zabrała koszulkę Reksia, on bluzkę Drzewka, Ala ubranie Fiskusa i tak wszyscy byliśmy mokrzy. Ale to nie koniec! I tu wyszła na jaw ingerencja UFO! Drzewko chciała zabrać spodenki Łukasza i wrzucić do wody. Kiedy się zorientowała... O, nie! To spodenki pana Jana! Jakiś Obcy podrzucił je do torby Reksia. I dopiero wtedy WSZYSCY byli mokrzy. Na dodatek UFO przeprowadziło Monice pranie mózgu! Drzewko zaczęła płynąć w stronę pani Maryli i wołać: „Maama!” Musieliśmy uciekać przed atakiem ufoludków. Wrzuciliśmy do wody jeszcze Agnieszkę i czym prędzej pobiegliśmy do naszego hotelu.

KOLOROWA AMFIBIA
Nasz autokar był przepiękny, wyjątkowo kolorowy! Wszyscy przechodnie oglądali z podziwem cudowny pojazd. Idealnie pasował do temperamentu Małych Gorzowiaków. A ten „charakterek” odczuła nasza tzw. pani Kierownica, czyli pani Kierowca. Nie wytrzymała żywiołowego towarzystwa i wyjechała na wakacje do Istambułu. Na wakacje... Kto naiwny by uwierzył! Pani Kierownica wyjechała kręcić interesy z turecką mafią! Szef grupy kazał jej użyć broni biologicznej - rozsiać wirusy grypy. Tym sposobem w Turcji panuje epidemia, na granicach urzędnicy noszą maseczki na twarzach. Pani Kierowca, której pseudonim brzmi „Marek”, stała się zagrożeniem dla Turcji, dlatego po kilku dniach powróciła do naszego hotelu, aby ukryć się przed tureckim rządem.
A teraz wersja rzeczywista
Pani Kierowca (która pseudonimu nie posiada) wyjechała do Istambułu służbowo, a grypa naprawdę tam panuje. Jednak się tym nie przejęliśmy, bo chyba nic już by nie mogło nam zaszkodzić po tych „rarytasach” ze stołówki.
Drugi Kierowca – pan Krzysztof – mógł się szczycić swoim autokarem, ale też niezwykłymi zdolnościami! Przed jednym z koncertów zaparkował na miejscu o tej samej długości, co jego maszyna. Dostał nawet za to oklaski. Terroryści i Marsjanie nie dotykali nawet autokaru, więc obyło się bez jakichkolwiek usterek. To pewnie to kolory na autobusie działają pozytywnie na każdą istotę.

DRUGI KONCERT
Przed kolejnym występem nie mieliśmy już próby (nie musimy przecież przypominać o wspaniałym talencie tancerzy!). Tym razem nie czekaliśmy tak długo na koncert. Podczas prezentacji innych grup pani Maryla wykonała sesję zdjęciową naszego Zespołu. Spotkaliśmy też małżeństwo z Myśliborza. Było to na tyle ważne, gdyż zagorzali kibice żużlowi z I i II grupy zauważyli, że poznany Polak ma czapkę z logo Stali Gorzów. Od razu wszyscy fani sportowi ustawili się do zdjęcia z posiadaczem czapki. Przecież nie zawsze można spotkać w Bułgarii reklamę gorzowskich żużlowców.
Po koncercie urządziliśmy małą imprezę w autokarze. Śpiewaliśmy znane przeboje, ale też (za sprawą Maćka) psalm kościelny. Kierowca próbował zagłuszyć nas radiem, ale długo nie mógł tego osiągnąć (z Moherami nie tak łatwo!).

PYSZNE OBIADKI?
Nasza ukochana miejscowość – Sozopol . Dlaczego ukochana? Nie, nie było tam kasyn ani wielu dyskotek, było... wiele restauracji, gdzie mogliśmy zjeść ciepły obiadek. Podobnie w Kiten. Często jedliśmy w mieście posiłki, bo żołądki i jelita ledwo znosiły te „smakołyki”, które dostawaliśmy w hotelu.
Przykład z menu:
dzień czwarty: obiad – gotowane części kurczaka [...]
dzień szósty: obiad – zupa ze skór z kurczaków [...]
Życzę smacznego!
Trzeba było opracować plan:
1. Jeśli możesz, zjedz wszystko – będziesz miał pewność, że nazajutrz nie będziesz miał na talerzu tego samego kawałka kotleta.
2. Jeśli nie chcesz jeść, oddaj posiłek sąsiadowi.
3. Lepiej w ogóle niczego nie jedz w hotelowej restauracji.
Mowa tu o powszechnym zatruciu pokarmowym. Terroryści opanowali kuchnię w naszym hotelu. Próbowali zepsuć nam pobyt w Kiten i otruć nas składnikami X dodawanymi do posiłków. Zrodził się z tego wszechobecny wirus atakujący jelita. Terroryści osiągnęli cel, bo poczynając od kierowcy, przez Big Brotherów, do wielu tancerzy – większość z nas była chora. Niektórych dopadła też angina. Ale Małych Gorzowiaków trudno pokonać – my nigdy się nie poddajemy! Więc nadal chodziliśmy na plażę i kąpaliśmy się w pięknym morzu.

ROZGRYWKI SIATKÓWKI
Dla urozmaicenia wolnego czasu zorganizowano mecze siatkówki plażowej. Wyznaczyliśmy klapkami boisko wokół siatki i zaczęliśmy rywalizację. Osoby, które nie grały musiały ochraniać piłkę – pilnować, aby nie wpadła do wody.
Gra była dosyć wyrównana. Paweł z I grupy zabłysnął poświęceniem w meczach i miał swój dzień sławy jako wybitny gracz. Inni też grali z dużym zaangażowaniem.
Przyjaciele pana Krzysztofa, z którymi chodził na herbatkę, tzn. wspomniani już Marsjanie, strącili niewidzialną mocą piłkę do morza. Na ratunek pobiegł szybko starszy kolega Michał. Wskoczył go wody w ubraniu, po czym, podczas gry, rzucał się w piach. Taki tez był plan okrutnego UFO. Ale na tym Obcy nie poprzestali. Szukali następnej ofiary. I znaleźli... Andrzej, grając z wielkim poświęceniem zranił sobie stopę. Nie mógł już ani grać w piłkę, ani tańczyć. Na koncercie zastąpił go, w ramach długu, Przemek. Marsjanie nadal atakowali piłkę, próbując wrzucić ją do wody. Na szczęście przybyło nam z pomocą Cudowne Dziecko (sześcioletnia Ala - córka muzyków z kapeli). Bawiąc się ręcznikiem, złapała w niego jak w czarodziejską sieć , piłkę lecącą wprost do morza. Niczego nieświadoma bohaterka dostała oklaski od graczy. Cudowne Dziecko jedyne sprzeciwiło się UFO i zakończyło jego atak na siatkarzy!
Podczas rozgrywek obserwowaliśmy wiele dziwnych zjawisk... Można było usłyszeć wyznania miłości Mateusza do Maćka. Czyżby to znowu te wirusy, mieszające w głowie?
Zawody wygrała drużyna Piotrka Łopaty: Diana, Aneta, Paweł, Agnieszka i Piotrek. Na tym przedstawienie siatkarskie się nie skończyło, a dopiero zaczęło. Wszyscy wyczekiwali na Finałowy Mecz Mistrzów! Grała reprezentacja I i II grupy: Maciek, Aneta, Michał, Krzysiu i Marta, przeciwko „Seniorom” w składzie: pani Maryla, pan Krzysztof, pan Jan, Bartek oraz tajna broń – pani Jadzia. Wszyscy oczekiwali na dawkę niezwykłych emocji. I doczekali się. Zaciekły mecz wygrali młodsi tancerze, ale oni nie mieli nawet własnej widowni! Natomiast do ostatniej sekundy meczu „Seniorom” towarzyszyły 4 osoby z Klubu Kibiców „Seniorów”( pani Beata – lider, Agata, Agnieszka i Alicja), tworząc „fale” na cześć drużyny. Reszta fanów prowadziła walki kibiców między rywalizującymi drużynami. Tarzanie się w piachu trwało do ostatniego punktu zdobytego podczas meczu. Tak też minął ekscytujący Finał Mistrzów w Kiten!

„LESSIE, WRÓC!”
W drodze do Polski, na Węgrzech, ogólny zastój... w toaletach. Akcja terrorystyczna zatrucia pokarmu dawała się we znaki coraz większej liczbie osób.
Wracaliśmy „z kilkoma obywatelami mniej”, jak można usłyszeć w filmie „Miś” , bo trochę schudliśmy – jedni przez zatrucie, inni przez żywienie się tylko zupkami z proszku i kisielami. Mieliśmy też lżejsze bagaże – Wojtek zgubił aparat fotograficzny, a Justyna 50 euro. Ale z drugiej strony byliśmy bogatsi o kilka „bliższych znajomości” – powstało kilka par na wyjeździe.
Miłym akcentem na koniec podróży były podziękowania dla obozowiczów od pani Maryli i kierowcy. Później w imieniu młodzieży Alicja z II grupy podsumowała wyjazd. Z jej ust padły podziękowania i złota myśl, którą trzeba tu przytoczyć: „Rzadko wie się, czym jest szczęście. Przeważnie wie się, czym było.” I słusznie wszyscy powinni się cieszyć z tego, że mogli walczyć z UFO i terrorystami, jeść niesmaczne, zimne posiłki i opalać się aż do spalenia skóry... Później mikrofon otrzymali Bartek i pani Jadzia – chcieli „zdementować plotki” o ich zachowaniu. Mieszkali razem, grali razem, śpiewali razem... Nawet kierowca nie dał im się wytłumaczyć, każdy wiedział, o co chodzi. Na koniec Szczepan, Wojtek Michał i Krzysiu w imieniu I grupy podziękowali... Alicji za wystąpienie przy mikrofonie. Mało kto się tego spodziewał, ale tym przemiłym akcentem zakończyliśmy podróż. Już tylko rozpakowywanie i w końcu do domu! Pora zjeść coś ciepłego...


Alicja Zell, Agata Łastowiecka, Agnieszka Puchlicka

Miasto Gorzw Modzieowy Dom Kultury Midzynarodowy Festiwal Taca Program - Modzie w Dziaaniu C.I.O.F.F
Mali Gorzowiacy - Zespół Tańca Ludowego
Jesteś naszym 1868953 gościem